poniedziałek, 16 stycznia 2017

Nie bolało, bo dziecko które masz na rękach po raz pierwszy, zabiera cały ból i od razu zapominasz o porodzie!

      Taaaa. Uwielbiam tego typu komentarze i nagłówki jak tytuł mojego wpisu. Jakież Wy wszystkie twarde jesteście, jakie wytrzymałe. Nawet wpierdziel na ringu, gdzie obija się papy, nie jest Wam straszny, gdyby tylko w nagrodę dawali dziecko. Za chwilkę już o bólu zapominacie. Skąd te bzdury to ja nie wiem. Czytam, patrzę, analizuję  'internety' i głowa pęka mi od współczesnych, sztucznych głupot jakie wypływają spod palców i ust 'matek polek' na temat porodów.
       Jedna z drugą w ciąży siedzi 9 miesięcy i czyta te pierdoły. Ja także czytałam. Poród, kurcze to coś pięknego. Motylki lecą z między nóg i aniołki wynoszą dziecko na rękach, lecąc z nim w twoje ramiona trzepocząc małymi skrzydełkami. Wszyscy się uśmiechają, radują i nie wiem, czekają na trzech króli do tego.
       "Dasz radę, inne matki mają kilkoro dzieci i żyją", "Inne dały radę to i Ty dasz", "Ja rodziłam i żyję, Ty też przeżyjesz. Nic strasznego". Niedobrze mi jak sobie przypominam te motywacyjne bzdury z każdej strony. Skąd te wszystkie piękne, niczym poród Jezuska mity? Nie wiem. Mogę tylko podejrzewać, że kobiety z każdej strony nastawiane są na bycie 'matkami polkami'. W necie, w otoczeniu, każdy wręcz mówi jakie szczęście za chwilę się wydarzy, jaką szczęśliwą uśmiechnięta, wypoczętą mamą za chwilę będziesz, bo dziecko trzymane pierwszy raz na rękach wszystko wynagradza, a w życiu partnerskim nie zmienia się NIC! Jest tylko lepiej. Poświęcaj wszystko dziecku! Uśmiechaj się, bo dziecku się udziela Twój nastrój! Nie płacz! Nie krzycz! Karm piersią! Noś na rękach całe dnie, dziecko potrzebuje bliskości! Myj sto razy dziennie podłogę! Nie puszczaj psa do dziecka! I wiele innych zdań od których można tylko się nabawić długotrwałej depresji. Słyszę je do dziś w głowie- prześladują mnie. Serio.
        Poród UWAGA! Jadę do szpitala samochodem, zawiozłam się tam sama. Nie wiedziałam, że już rodzę (było to kilka tygodni przed terminem). W szpitalu byłam kolejną 'babą' która urodzi dziecko. TO ICH PRACA, zrozumiałe w sumie. Gdyby użalali się nad każdą rodzącą no to uczuć by im chyba brakło. To oczywiście nie jest miłe, ale jak mówię rozumiem to i w tej sprawie cudów nie oczekiwałam.
        "Usiądzie tu pani na fotel". Siadam, sruu! Bez rozmowy lewatywka. No ok, lepsze to w sumie niż jej nie robić. "Idzie pani tam do toalety". NO ALE JAK? Drzwi się nie domykają, a cały korytarz ludzi, którzy czekają na lekarzy. No niestety, mogłam sobie nie chcieć ile bym chciała, mus to mus. Na porodówce leżałam z 8h. Nic się nie działo specjalnego, odwieźli mnie kolo 23:30 do sali. Cały dzień bez jedzenia! Śniadania w domu nie zjadłam, bo myślałam przecież ze zaraz z tego szpitala wrócę. Była ze mną przyjaciółka. Pojechała spać. Leże na sali, jakaś pani poczęstowała mnie kanapką. To była najpyszniejsza kanapka w moim życiu. Próbowałam zasnąć, ale nie mogłam, bo Ninka się tak ruszała, że nie dało się w żaden sposób. Przyszła pielęgniarka posłuchać jej serduszka. Ten aparat zaczął piszczeć na całą salę, świecić na czerwono. KONIEC MYŚLĘ!! CO SIĘ DZIEJE?! Każą czekać, ale na co do cholery co się dzieje?! Nikt nie chce nic powiedzieć. Nagle po jakimś czasie zjawia się doktor czy tam lekarka (nie pamiętam) no i, że znowu rodzić, bo dziecko ma zbyt duże ciśnienie. TO POLEŻAŁAM. Kolejne godziny na porodówce. Różne znieczulenia, chodzenie w koło pod prysznic i spod prysznica i do kibelka. Czopki jakieś. leki, w głowie się kręci, wymiotuję. NAJGORZEJ! 
            Wciąż próbuję znaleźć tu coś pięknego?! K. była cały czas ze mną. Czasem śmiałyśmy się wiadomo, ale to bardziej od tych 'superśrodków' które mi podali ;D Po dwudziestu kilku godzinach trzeba rodzić, nie ma rozwarcia skurcze lekkie, wody odeszły (pielęgniarka mi tam to przebijała. O k r o p i e ń s t w o.). Ostateczna decyzja- cesarka. BŁAGAŁAM, PROSIŁAM, WYŁAM. Po tylu godzinach bez jedzenia i bez spania zwyczajnie nie miałam sił. Zmiany lekarzy, każą czekać do 14:00, kur** za przeproszeniem mać, bo przecież mogę poczekać co tam. Zanim któryś zszedł, wszystkie pielęgniarki (cudowne zresztą) nasłuchały się ode mnie wszystkiego. Ja tego nie pamiętam K. mi opowiadała. Ja zawsze wiedziałam, że mój słownik jest bardzo bogaty w brzydkie słowa, ale o takich wytworach nie miałam pojęcia.
          O JEEEST! Lekarz żartowniś. Wciąż czekam na cesarkę, wszystko gotowe, sala itd. I CO?! ZACZYNAM RODZIĆ SAMA;] Natury nie oszukasz. Tutaj to dopiero była jazda. Wrzask, pisk, krzyk, wyzwiska, błagania, okrzyki niczym egzorcyzmy. Babka z nożyczkami dobiera mi się do rozcięcia. CO JEST KURDE?! Wciąż nie widzę tu piękna! Nie wiem już jakim cudem, ale urodziłam. Tak bardzo płakałam, tak bardzo nie miałam sił, że tego nie da się opisać. Wszędzie krew, szyją mnie tam na dole, podają mi dziecko. Płaczę jeszcze bardziej. Cieszę się jestem szczęśliwa, wiadomo, ale JEDYNE o czym wtedy myślałam, to żeby już przestało boleć. To, że dostałam Ninkę na ręcę nie oznaczało wcale końca bólu.
           Poszłam na salę, wszystko ok. Nin zdrowa. Ja nieprzytomna, nie pozwalają zasnąć. Byłam w szpitalu po raz pierwszy w życiu. Sam pobyt tam był dla mnie straszny. Nie spałam prawie w ogóle, bo czuwałam nad moim małym dzidziusiem, moją małą przyjaciółką. KARMIĆ PIERSIĄ! PRZYSTAWIAĆ! To jak demony do dziś słyszę w głowie. Cycki bolą, ale karmić! To wszystko na tamtą chwilę wydawało się znęcaniem nade mną! Nie mogłam siedzieć, bo bolało mnie TAM wszystko od porodu i tego szycia, nie mogłam stać, bo też bolało. Od karmienia, piersi to myślałam, że mi się pala, tak piekło i bolało. Siedziałam tam i płakałam. Tylko jak miałam jakieś odwiedziny to  starałam się uśmiechać, bo przecież to wszystko jest "PIĘKNE". I myśl, że sobie nie poradzę jako mama była najgorszą. Przecież "każda sobie dała radę to i ja dam". Myślałam wtedy: "muszę!".W nocy, kobieta która leżała ze mną na sali, chrapała tak jak 5 facetów jednocześnie a w dzień opowiadała mi jak- zrobiła kupę podczas porodu (uwierzcie to była jedna z delikatniejszych jej historii "umilających" mi czas. POZDRAWIAM<3). Druga była dość miła, wiele młodsza, zszokowana. Ja byłam WKUR**ONA. ZOSTAŁAM OSZUKANA. Miało być cudnie! Miałam się śmiać i być 'superhipermamą' jak KAŻDA. HALO! Lecą ze mnie tony krwi, boję się iść do toalety. A każde siku to jakby cięli mnie na nowo. ALE TRZEBA SIĘ UŚMIECHAĆ. JEST PIĘKNIE! Moja twarz była szara, sina i zielona jednocześnie. No i karmienie, wspominam bardzo źle. Jedna kochana pani z recepcji, nocą dawała mi mleko modyfikowane dla Małej w butelce, chociaż wtedy mi piersi odpoczęły i na chwilę mogłam nie płakać podczas karmienia tylko się poprzyglądać i pogłaskać córkę.
            Po dwóch dobach pojechałam do domu. Sama się też do niego zawiozłam. Udawałam, ale nie na siłę tylko tak o- niezależnie od siebie- że jest OKEJ. Nie było. Każde siku to prysznic. Każda kąpiel to cierpienie. Każde wstawanie z łóżka to cierpienie, każde karmienie piersią to ból niesamowity! Z łóżka wstawałam kilka minut, jak robot, ale taki poturbowany. Przyszedł dzień odwiedzin położnej, cudna kobieta. Rozmawiałyśmy o karmieniu, mówię, że nie daję sobie rady, że nie chcę. Ona jak nikt mnie rozumiała. Wiele  z Was pewnie zareaguje: "Co to za matka?! KARMIĆ, KARMIĆ, KARMIĆ!" Szczerze? Mam to w dupie. Nina ma 2 latka, jest zdrowa, nie choruje jakoś bardziej od innych dzieci. I ma się dobrze i to bez cyca- no niemożliwe. Pozwólmy wybierać. Czasem mam wrażenie, że matki karmiące piersią to sekta. Nie można mieć odmiennego zdania, bo od razu zostajemy linczowane. Przez kolejne miesiące chodziliśmy oboje (rodzice) nieprzytomni. Ja obolała, jak przyszedł czas ściągania szwów (nie wszystkie były rozpuszczalne) to płakałam, tak się bałam, nie chciałam żeby ktokolwiek mi tam zaglądał. I tak leciał dzień za dniem, nowe obowiązki, radość z dziecka- oczywista sprawa.
           Miałam w głowie tylko komunikaty "nie użalaj się, musisz dać radę!". Uważam, że każda kobieta po porodzie powinna mieć zapewnioną opiekę psychologa. Z perspektywy czasu widzę, że i ja miałam depresję. Długą, która poniosła za sobą kolejne konsekwencje. Czemu wszyscy tak idealizują porody? Szkoły rodzenia, te wszystkie pozycje do porodu to wszystko o kant dupy rozbić TO I TAK BOLI! Przecież jestem dość twardą babką, a i tak sobie nie do końca poradziłam, tylko wstyd było się do tego przynać. Mam wrażenie, że wszyscy kłamią. Też wpadłam w tę pułapkę idealnego macierzyństwa. Czemu? Nie mam pojęcia. Nie wmawiajmy sobie, że jest dobrze, skoro nie jest. Nie wstydźmy się rozmawiać szczerze, psychologów i innych specjalistów. Rozmowa bez kłamstw jest jak lekarstwo cud. Rozmowa z bliskimi o ile są tacy którzy potrafią wysłuchać i podbudować, bo to też niestety różnie. Tylko nie udawajmy, bo to wyniszcza człowieka od środka, baaardzo powoli, powoli.
                Kwestia tego, że mamy dziecko to odrębne tematy- bo to nie podlega żadnym dyskusjom, że to wielkie szczęście i ogrom miłości. Wiadomo i pięć razy bym ją rodziła jakby było trzeba. Tylko tym razem wiedziałabym, że poród boli. Nastawiłabym się zupełnie inaczej, bo to wcale nie jest tak, że inne dały rade to i ja dam. Każda z nas jest inna, każda ma inny próg bólu i inną psychikę.
               No i co ważne- my to my, dziecko to dziecko. Czy facet sobie mówi: "dobrze posiedzę w domu, pomogę, bo dziecko mi to wynagrodzi." NIE. Idą i żyją swoim życiem sprawiając wrażenie, że mają wszystko gdzieś. Czemu my nie możemy? Bo nie chcemy. To nie jest tak, że ich nie interesujemy tylko po prostu mają zdrowe i rozsądne umysły, oczywiście tylko w kwestii samych siebie i dbania o własne potrzeby <3
              Gramy idealne mamy, piękne porody i idealne partnerki, a to ściema jakich mało. Ile zmian i cierpienia, a ile kłótni?! O tym się nie mówi. A szkoda. Wtedy, gdybym poszła z innym nastawieniem rodzić, może zniosłabym to lepiej, a tak? Zawalił mi się świat. Człowiek jest tak stworzony, że pamięta bardziej te złe momenty. Fakt posiadania dziecka nie łączę z porodem (DZIECKO- SZCZĘŚCIE, PORÓD- CIERPIENIE). Nie chcę więcej dzieci, bo mam uraz do porodu naturalnego i tego co działo się później. Z opowieści innych, nie tak miało być.
          Rozpisałam się wiem. Chyba tego potrzebowałam :) A jeszcze bardziej jestem ciekawa waszych opinii. Może to po prostu ja jestem z innej planety? :) Dzięki za uwagę <3
         




piątek, 9 grudnia 2016

"USPOKÓJ SIĘ! DO JASNEJ CHOLERY!"

Akcja z wczoraj. Sklep z meblami. Matka i małe dziecko, może z 2 latka max. Mama wściekła tłucze 'dupsko' dziecku: "uspokój się ! Błagam, bo mnie zaraz szlak trafi! (BACH w pupę) USPOKÓJ SIĘ GÓWNIARZU JEDEN DO JASNEJ CHOLERY!! (bach w pupę nr.2). MOŻESZ CHOCIAŻ RAZ BYĆ GRZECZNY?" Drze się na cały sklep. NA CAŁY. Ojciec ogląda meble, matka NIE MOŻE. Dramat jej się przytrafił. Meble wyjdą zaraz ze sklepu i już nigdy ich nie zobaczy! OBRAŻONA NA CAŁY ŚWIAT fuczy, syczy i pokazuje mężowi jaką tragedię przeżywa, stojąc z niegrzecznym dzieckiem. A dziecka to już w ogóle nienawidzi. Przeszkadza jej w zakupach. SKANDAL! W sumie za długo czekałam, żeby ją upomnieć.
Strach odezwać się do takiej baby- mówi mi jedna strona, a druga:
"ZRÓB COŚ, POWIEDZ COKOLWIEK".
Myśl w głowie : SOBIE JE*NIJ BABO DURNA, albo niechże Ci mąż lutnie porządnie ze dwa razy, to to samo co klaps w pupę dla dziecka!!". No nie powiedziałabym tak, bo chociaż odrobina kultury jest niezbędna. Wyprzedził mnie jej mąż. Taki z tych mniej kulturalnych. Podszedł do niej i pyta: "Co się stało?!" Czego się drzesz?". Babsko: "no widzisz nie chce się uspokoić!". On na to: "Ty weź się najlepiej sama uspokój!..." No tam poszły inne różne cudne na tę chwilę należące się babsku słowa. Co z tymi ludźmi?! Serio nie kumają, że dwulatek i w ogóle MAŁE DZIECKO MA PRAWO S I Ę N U D Z I Ć czy niecierpliwić?! Ono nie rozumie, że mama z tatą mają ochotę na nowy fotel, albo szafę. Ma prawo marudzić tak samo jak i robić siku i inne niezbędne potrzeby. A Twoim rodzicu obowiązkiem jest ZAJĄĆ SIĘ DZIECKIEM W LUDZKI SPOSÓB. BICIE?! To tak miło by Ci było jakby mąż zachowywał się tak: "Maryla! Ale masz dziś okropny nastrój ( LIŚĆ NA TWARZ), musisz się uśmiechać do cholery jasnej! Bądź zadowolona! Stój w miejscu teraz! NOO STÓJ, MÓWIĘ!! (LIŚĆ nr.2). Słabo co?
TRAKTUJ INNYCH W TAKI SPOSÓB W JAKI SAM CHCIAŁBYŚ BYĆ TRAKTOWANY!
Zasada jest bardzo prosta i od lat znana. Nic w tym trudnego. Grrrr!


foto: http://kobieta.elblag.net/artykuly/kobiety-doswiadczajace-przemocy-w-rodzinie-moga-liczyc-na-pomoc-rusza-grupa-wsparcia,1013.htm

wtorek, 19 lipca 2016

"Te psy z 'pseudohodowli' trzeba kupować, żeby je uratować". CO ZA BZDURA!

      Odwieczny problem. Na szczęście coraz częściej poruszany. Zacznę od przedstawienia znienawidzonych przeze mnie "pseudohodowli".
   
Źródło: www.psia-mac.pl
Skąd nazwa "pseudohodowla"?
Została nadana przez prawdziwych miłośników zwierząt oraz przez właścicieli zarejestrowanych, legalnych hodowli psów.
"Pseudohodowla" to nic innego jak niezarejestrowana w Związku Krynologicznym w Polsce, nielegalna hodowla nierasowych psów (kundelków, psów w typie popularnych ras). Nastawiona na obrzydliwy zysk często w niehumanitarny i bestialski dla zwierząt sposób. Nie piszę tego, bo jestem psychicznie chorym miłośnikiem psów. Tylko dlatego, że stałam się ofiarą właśnie takiego ohydnego miejsca.
       Tyle wiem, a dałam się naciągnąć i oszukać kosztem zdrowia mojej Ninji?! Wtedy nie wiedziałam właśnie nic. Myślałam jak większość ludzi,
Skandaliczna hodowla na Warmii i Mazurach.
Źródło:www.olsztyn.com.pl
którzy żyją w NIEWIEDZY i nie mają pojęcia o konsekwencjach tańszego zakupu zwierzęcia. Mało tego publicznie pieprzą bzdury, że przecież pieski te trzeba kupować, żeby je ratować. Znalazłam ogłoszenie pewnej baby z Wrocławia (nie pozdrawiam!) wyciągnęłam tysiąc ileś tam złotych i pojechałam zobaczyć psa. Wchodzę do domku, na samym widoku PUCHARY. Pomyślałam: WOW! Babka zna się na rzeczy ,psy jeżdżą na wystawy- EKSTRA! Przyniosła mi dwie sunie. Oczywiście nie mogłam wejść do góry zobaczyć jak psy żyją. Pomyślałam: "Nie będę babie po chałupie latać, skoro ma tyle pucharów to chyba nie jest byle jakim hodowcą". Za małymi szczeniaczkami zszedł maltańczyk chory- niedorozwinięty. Babka mówi, że takie rzeczy się zdarzają i to jej pupilek i się teraz nim zajmuje. ZDARZAJĄ?! SORRY! (Jak sobie to wszystko przypominam nie ma takiej skali, która
Pseudohodowla Yorków. Żródło: www.pieswwarszawie.pl
określiłaby jakim debilem byłam). Później babka, zaczęła opowiadać historię jak pobiła jakąś Panią na pasach, bo zwróciła jej uwagę. Nie pamiętam już dokładnie. To wolałam zamknąć mordę i skupić się na psach. Dokumenty. Byłam wtedy studentką, nie miałam zbyt dużo kasy. Baba mówi, że ten pies nie jest wystawowy, ale ma rodowód itd. Jeśli nie chcę dokumentów spuści mi 200zł. ZAJEBIŚCIE. 200zł to prawie połowa opłat za wynajmowany przeze mnie pokój. Stwierdziłam, że tych dokumentów nie potrzebuję. Pojechałam do domu i wtedy wszystko się zaczęło. Z dzwonieniem do strasznej, agresywnej baby dałam sobie spokój już po kilku telefonach z kłopotami zdrowotnymi, bo na każde pytanie odpowiadała, że to normalne u szczeniaków.
        Pierwsze tygodnie, okropny pisk, tęsknota psa za mamą. Pani weterynarz stwierdziła, że pies na pewno nie ma 8 tygodni. Na lekarzy oko miała tylko 5. Co za pi*da za przeproszeniem, wielka dama z wystaw, ma serce odrywać tak małego psa od matki? A właśnie taka co się wzbogaca na takich idiotach jakim byłam ja.
       
Wstaję rano, patrzę na podłogę, a tam robale jak moje palce. SERIO. Szczepień żadnych. Uszy zgniłe! Zaoszczędzone 200 zł już dawno poszły na lekarzy. Pies ledwo wszystko przeżył. Nadal jest ze mna, ma teraz skończone 2,5 roku. Wydałam na nią na pewno kilka tysięcy złotych jest taka schorowana. Nie wspomnę o złym stanie psychicznym spowodowanym zbyt szybką rozłąką z mamą, wiele ludzi ma problem z agresją to nic innego jak choroby genetyczne. Przecież nie mamy pojęcia skąd te psy są. Kim jest ich potomstwo. Wiele by wymieniać.
        Od roku, może półtora trafiłam na pewną grupę właścicieli Maltańczyków na fejsie. Zaczęłam czytać i śledzić na bieżąco wpisy tych ludzi. Na początku myślałam: WARIACI! Z biegiem czasu,
Źródło: www.psia-mac.pl
wyciągnęłam tyle przydatnych wniosków i informacji, że jestem z siebie dumna. Dałam się w końcu przekonać, że jeśli chcesz mieć rasowego i zdrowego psa z wiadomym pochodzeniem odłóż na niego więcej kasy. Jeśli chcesz kupić taniej to lepiej idź do schroniska tam jest dużo kundelków, które potrzebują pomocy. Im mniejsze będzie zainteresowanie tymi wstrętnymi pseudachami tym mniej suk rodzących ucierpi. Naprawdę fajnie Wam kupować psy, których rodzicami są brat z siostrą, ojciec z córką i inne jeszcze obleśne krzyżówki, tylko dlatego, że są TAŃSZE? Im więcej osób da się wreszcie przekonać tym większa siła i tym więcej psiaków ze schronisk znajdzie dom. Nie stać Cie na prawdziwego rasowego psa- ADOPTUJ. Nauczyłam się na własnej skórze, szkoda tylko, że kosztem mojej suni, ale wynagradzam jej to jak tylko mogę. Jedyne co mnie przeraża to fakt, że takich miejsc jak to z którego mam Ninję jest dużo. ZA DUŻO. Psy są niewinne, a ludzie to idioci. Zarówno ci co je sprzedają jak i Ci co je kupują.
       Od miesiąca mam drugą sunię, oczywiście z rodowodem. Nigdy nie popełniła bym drugi raz takiego błędu. Byłam, widziałam jak psy żyją, mieszkają. To jedna rodzina. Nie maszyny do rodzenia dzieci co cieczkę i zarabiania grubej kasy. Jak Nara przyjechała po raz pierwszy do domu, nie było żadnego pisku, płaczu za mamą. Najszczęśliwszy pies na świecie. Żadnych robaków, wszystkie szczepienia, uszka czyste, pies zadbany, wyczesany, włos czysty, długi- idealny! Sunia nauczona postawy przy pielęgnacji i cierpliwości. Hodowczyni odpowiada mi na każde pytanie nawet najgłupsze ;) Nie wspomnę o wyprawce jaką Nara dostała. Przyszła wręcz ze swoim bagażem. No i rejestracja do ZKwP. Jestem z siebie dumna, że przestałam myśleć o ludziach którzy są przeciwko "pseudo"- WARIACI, a w końcu wyciągnęłam wnioski. Ile jeszcze psów musi cierpieć jak moja Ninja, żeby ludzie ruszyli mózgiem? Mam nadzieję, że coraz mniej, a Tobie zanim kupisz psa z pseudo zastanowisz się jeszcze raz czy warto? Nie myśl o sobie i oszczędzaniu, tylko o życiu- w tym wypadku psim życiu i zdrowiu.

Błagam i apeluję:

  • Kupuj tylko w zarejestrowanych hodowlach
  • Nie słuchaj bzdur jakie wciska Ci hodowca. Nie ma dokumentów nie kupuj to ZWYKŁE OSZUSTWO.
  • Wierz mi lub nie, te suczki nie mają sił i zdrowia rodzić szczeniąt co cieczkę. 
  • Omijaj hodowców którzy żyją tylko "z psów". To nienormalne. 
  • Czytaj, czytaj i jeszcze raz czytaj! Wiedza nie boli!

       Dorzucam nasze zdjęcia ze wspólnego spaceru.

























niedziela, 10 lipca 2016

Witam w wariatkowie. Plac zabaw.

         Też odnosicie takie wrażenie, że plac zabaw to małe wariatkowo? No tak. Zastanawiam się nad stwierdzeniem: "WSZYSTKIE DZIECI SĄ TAKIE SAME". Słyszę to na prawo i lewo i coraz bardziej się nie zgadzam. Małe- mam na myśli te "świeżaki świata" może i tak. Są dość podobne. Jedzą, płaczą, śpią, robią kupy i całe dnie się w nas gapią. Te chodzące? Przeciwnie. Każde jest inne, każde jest już małym człowiekiem z wyraźnie widocznymi cechami charakteru.
         Wchodzę przez furtkę i się zaczyna. Jedna dziewczynka biega i piszczy, Zosia lata machając rączkami i udaje, że ma skrzydła wydając z siebie dziwaczne jęki, Adaś pozjadał wszystkie rozumy i ciągle, ale to CIĄGLE gada! Kasia w kółko pyta "cio to?" TYSIĄC RAZY w ciągu pół godziny. Krzyś zbiera wszystkie zabawki, ale dosłownie WSZYSTKIE i zdziwiony płacze, że nie mieszczą mu się w rączkach, im bliżej następne dziecko tym mocniej wrzeszczy skacząc, że to JEGO (co jest oczywiście nie prawdą :)) Patryk ucieka z placu, Asia wyciągnęła kolorowy bidon- wszystkie dzieci lecą pić akurat to picie. Rodzice w panice bronią swoich dzieci: "Ona tylko chwilę się pobawi i Ci odda", " Ale to jest jej, tam masz swoje". Są też tacy których dziecko jest najważniejsze i tylko ono może mieć wszystko, żeby tylko nie płakało. OHO leci następne: "mama buba, buba!"- zasiurana po kostki. Maciuś zjadł ślimaka zanim mama zdążyła dobiec, Luiza zajada się pysznym piaskiem niczym najlepszym obiadem na świecie. O i walka o łopatki- uwielbiam. U nas na placu zabaw zabawki leżą w piaskownicy, nikt ich nie "kradnie" po prostu są do użytku wszystkich dzieci z osiedla. Jest może pięć łopatek. Sporo. Nagle słyszę walkę. Nina leje małego sąsiada, on ją ciągnie za koszulkę.
-"Kochani o co walka?"
-"Moje, moje!"
-"Ale jest dużo łopatek."
-"Moje, moje"
-"Proszę, taką ładną niebieską"
-"Nie, nie, moje, moje"
I weź się dogadaj. Co robię? Odchodzę. Niech dogadują się sami. Nie dogodzisz w żaden sposób.
           Jak sobie radzę w tym małym psychiatryku? Hmm... Raczej zostawiam ich w spokoju. Przecież się nie pozabijają. Interweniuję tylko w wyjątkowych sytuacjach. Jak już Nina porządnie się wścieknie. Dopóki nie podnosi rąk siedzę i obserwuję. To najlepsze rozwiązanie. Mimo wszystko najwięcej zamieszania na placu robią przewrażliwieni rodzice.
Zbieżność imion jest przypadkowa.













środa, 25 maja 2016

Wózek spacerowy Quatro Mio. Moja opinia.

      Przyszedł ten dzień kiedy musiałam zrezygnować z mojego ukochanego wózka Bebetto Silvia i zakupić lekką spacerówkę. Mój kręgosłup już niestety nie dawał sobie z rady z ciężarem, który z miesiąca na miesiąc rósł wraz z wagą Ninki.
      Obiecałam sobie, że nie wydam fortuny na wózek, bo w końcu jazda nim zajmie nam dosłownie kilka miesięcy. Marudziłam każdego dnia, że chcę spacerówkę, aż D. się zlitował i pojechaliśmy do BOBOLANDU w Szczecinie. Uwielbiam ten sklep. Wiedza sprzedających wózki, (przynajmniej tego który nam nasz sprzedawał) jest OGROMNA. Zakochałam się w Greentomie- ekowózku. Po długiej rozmowie z Panem "wózkowym" wybór jednak padł na MIO QUATRO. Nowość na rynku. Uwielbiam takie wyzwania. Pomyślałam- "no niech będę tą jedną z pierwszych testujących".
      Przejdźmy do rzeczy.

      MOJA OPINIA:

  • LEKKI. Wózek waży coś koło 7 kg. 
  • SKŁADANIE. Składa się jednym przyciskiem w tzw. walizkę i zajmuje naprawdę mało miejsca. Nie stoję i nie walczę z nim wykrzykując wszystkie przekleństwa świata, pocąc się przy 30 stopniach upału. Jeden przycisk składania i rozkładania w dodatku w rączce jest super rozwiązaniem.
  • RAMA. Lekka, aluminiowa. Gdzieś tam doczytałam się komentarzy, że kobieta nawet go nie użyła, bo cienkie niestabilne ramy ją wystraszyły. "G" prawda. Nina waży 13 kg. Jest sporym dzieckiem, jeździmy po dziurawych, najbardziej krzywych na świecie chodnikach i wózek nadal jest cały (aaaa no i ten mój 5-cio kilowy pies). Sama rama ma piękny biały kolor. Używam wózka jakoś dwa miesiące i nie jest poobijana. Jeździmy nim każdego dnia.
  • KOŁA. Bardzo mocno skrętne, wózek jest wg. mnie "sprytny". Jednak jadąc po krzywiznach przednie koła najeżdżając na jakąś nierówność zatrzymują się co powoduje przechylenie całego wózka w przód, także na początku Ninul miała niezłego stracha: "wylecę, albo nie wylecę?!". Ale to jest do opanowania. Po prostu kwestia przyzwyczajenia się. Teraz "wypadki nam się nie zdarzają". To w końcu spacerówka za 500 zł! Umówmy się- nie będzie miała kół lewitujących. 
  • TORBA. Hmm bardziej materiałowy kosz. Nie narzekam, duża pojemna, co prawda producent zaleca jakieś 3kg mój pies waży prawie 5 i kosz nadal wisi. Także wytrzymały jest na pewno.
  • PODNÓŻEK, OPARCIE. Regulowane. Dziecko leży prawie całkowicie (170 stopni). Podnóżek jest regulowany można go podnieść jak dziecko śpi, żeby nogi nie "dyndały". Ktoś spytał mnie "czy nie przeszkadza mi brak podnóżka?"- mowa tu o tym miejscu gdzie dziecko trzyma buciki. Faktycznie tutaj takiego nie ma. Nie wiem jak to jest z podnóżkiem, ale przyznam, że ten jego brak w tym wózku nie jest odczuwalny dla Niny. Przynajmniej nie skarżyła się (nie mówi jeszcze) :)
  • BUDA. Rozkłada się bardzo mocno, przykrywa dziecko tak, że nie pada deszcz i nie świeci słońce. Głowa sucha, w oczy nie razi.
  • BARIERKA- ściągana, materiał na niej także. Można sobie go wyprać w pralce i znowu założyć.
  • OKIENKO I KIESZONKA na budzie. Okienko na tyle budy troszkę małe. Nie widzę Niny zbyt dobrze, muszę zaglądać z drugiej strony. Ale czy to, aż taki kłopot? Zależy dla kogo, jak ktoś jest z tych "wymagających" to będzie przeszkadzać. Mi nie robi to różnicy. Kieszonka? Lubię ją. Klucze, telefon, pieniążki, karta..wszystko co na spacer to jest pod ręką. Nie muszę brać torebki. Mi to "pasi", bo nie znoszę torebek. 
  • AKCESORIA. Folia przeciwdeszczowa, ciepły pokrowiec (bardzo ładny zresztą) plus ozdobne elementy na pasy. 
  • KOLORYSTYKA. Wózek dostępny w 5 kolorach widocznych na zdjęciu powyżej. 
      Czy polecam? Wszystkim rodzicom którzy nie zwracają przesadnie uwagi na szczegóły TAK. Dla tych bardziej wymagających którym może przeszkadzać małe okienko czy cienka rama (która tylko tak strasznie wygląda) to NIE. My osobiście jesteśmy zadowoleni. I z czystym sumieniem polecam dalej.












STRONA PRODUCENTA: http://www.quatro.tm.pl/
                                             https://www.facebook.com/wozki.quatro/?fref=ts