czwartek, 30 kwietnia 2015

Z cyklu opowiastki: drugi miesiąc życia noworodka PO NASZEMU

     Drugi miesiąc życia Niny nadszedł baaardzo szybko. My z "zombie rodziców" powoli zamienialiśmy się w dość wyspanych ludzi. Ja po porodzie zaczęłam dochodzić do siebie. Nawet znalazłam czas, żeby pójść do fryzjera. Ninka budziła się regularnie co 3-4 godziny. Ustaliliśmy z Damianem jakiś system karmienia, który był wygodny i dla mnie i dla niego. Ja karmiłam mała w dzień on w nocy (bo i tak długo nie śpi). Ustaliliśmy wtedy jego warte od 21:00 do 3:00. Trochę niesprawiedliwe co? :) Ale uważam, że potrzebował czasu, żeby przestawić się na zupełnie inne godziny życia. Nina budziła się mniej więcej koło 22:00, 1:00, 4:00, 7:00 itd. W nocy zwykle spała po 4 godziny. Czyli Damian karmił ją ze dwa razy. DOBRE I TO! Chociaż zawsze miałam nadzieję, że mała obudzi się o 3:00, żeby trafiło jeszcze na niego. Umowa to umowa, bliżej 4:00 wstawałam już ja. Teraz wiele się zmieniło, ale o tym w kolejnych postach.
      Niny dzień rozpoczynał się o 7:00. W drugim miesiącu jeszcze jadła i spała, jadła i spała i tak w kółko. Można było pospać w dzień, coś odpocząć. Bardzo często trzeba było zmieniać "pampera" jak była taka malutka. Sikała i robiła kupę chyba co parę minut.
      W sumie przywykłam do porannego wstawania razem z nią, picia kawy, ogarniania siebie (nigdy o tym nie zapominam) i startu w nowy dzień. Nie odczułam zbyt wielu zmian poza zmęczeniem. Zakupy, spacer, jedzenie, czasem nawet goście. Odwiedzałam też swoich rodziców, którzy mieszkają około 350 km od Szczecina. Tylko zapytałam ortopedy czy, aby na pewno taki mały ludzik może już podróżować.
       Nie lubiłam zostawać sama jak Damian miał jakiś wyjazd. Zawsze się coś wtedy musiało złego dziać! ZAWSZE. Nina ze spokojnego dziecka zamieniała się w płaczącego diabełka, pies nagle chciał wyłazić częściej niż zwykle. Był taki dzień, że miałam termin fryzjera dla mojego psa. Szkoda było mi go przekładać, bo Ninja (pies) była trochę zarośnięta przez ostatni okres mojej ciąży i pierwsze tygodnie życia córki. Przyszedł dzień terminu wizyty, nagle Damian leci do studia (BO MUSI i już), babcie były zajęte, a ciocia tez miała coś do roboty. No to co?! Ja nie dam rady?! Nosidło! Dziecko do środka! Pies pod pachę torebka, klucze i lecę. Była to pora karmienia Niny więc nie była spokojna. Nie miałam już czasu nakarmić jej w domu. Wtedy po raz pierwszy odczułam, że muszę być zawsze gotowa. bo przecież będzie wiele takich dni, a nawet jeszcze gorszych.
      Pies już obcinany, ja nie za bardzo jeszcze chodząca (po porodzie) i głodne dziecko. Podczas strzyżenia nakarmiłam ją. WSZYSTKO MOŻNA ZAPLANOWAĆ, tylko nie wolno przy tym tracić dobrego humoru. Po strzyżeniu jeszcze pojechałam po tatusia do studia, bo przecież NIE MA JAK WRÓCIĆ :)
     

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Stylizacja paznokci Szczecin

    Od kilku miesięcy chodzę do salonu stylizacji paznokci w Szczecinie na zdobienie paznokci. Za pierwszym razem zdecydowałam się na pastelowe barwy z ozdobnymi babeczkami, rysowanymi ręcznie. Pani dała mi kilka pomysłów do wyboru, bo ja własnego nie miałam. Wyszły tak:







 Wszystko było w porządku, sama byłam zachwycona zdolnościami Pań. Kolejny raz poszłam, aż po pięciu tygodniach. Wtedy moje paznokcie wyglądały tak:


        Odrost na pół kilometra. Pojechałam tam z pomysłem. Wymyśliłam, że chciałabym owoce z oczami i buziami, żeby były takie wesołe- wiosenne. Mała została pod opieką taty i pojechałam tam, opóźnienie było ponad 40 minut. Kiedy usiadłam na fotel powiedziałam o swoim pomyśle, jednak ze względu na opóźniony czas Pani nie miała dla mnie zbyt dużo czasu, więc wymyśliła jakiś tam swój wzór. Dałam się namówić nawet na cyrkonie choć ich nienawidzę. Efekt końcowy wyszedł tak:

                                                       



W sumie ładne, ale ciągle czułam, że do mnie nie pasują. Sumując- czułam się z nimi źle.
         W kolejnym miesiącu wymyśliłam, że chciałabym mieć wzór bandany, a na kciukach panią z bandaną na twarzy. Czekałam z niecierpliwością na termin. Gdy nadszedł dzień wizyty w salonie tym razem bez opóźnienia. Jednak czas jaki miałam zarezerwowany na siebie był zbyt krótki, bo za godzinę przychodziła kolejna Pani. Już od samego początku siedziałam więc wściekła. Mówię o swoim pomyśle. Pani na słowo bandana zdziwiła się jakby nie wiedziała co to. Pominęła zupełnie temat. i zaproponowała mi taki rażący różowy i żółty w ombre a na tym "skorupa żółwia". Nie miałam dnia, żeby dyskutować. Nie wiem czemu w zasadzie przecież sporo za to płacę. I tak oto z pomysłu bandany wyszłam ze słodkimi paznokciami w których też nie czuję się świetnie. Pomysł niby spoko. Taka ciekawostka. Podoba mi się bardzo, ale nie dla mnie. Koniec końców z rażącego wyszedł kolor jakiś "mleczny". Oto efekt:



       Wróciłam do domu ze łzami w oczach i doszłam do wniosku, że za pieniądze, które wydaje tam co miesiąc kupię sobie sprzęt i będę sobie robiła sama wzorki takie jakie będę chciała. Przecież w końcu się nauczę rysować. Jak nie za pierwszym to za dziesiątym razem! Pewnie się podzielę efektami pracy.
    Co do salonu, to polecam wszystkim kto lubi takiego typu wzory. Przede wszystkim jestem pod wrażeniem ręcznie malowanych rysunków. To na prawde talent.










środa, 22 kwietnia 2015

z cyklu opowiastki: Pierwszy miesiąc życia noworodka PO NASZEMU.

     Wracam ze szpitala. Niewiarygodne, że mały "ludzik" nagle zostaje z nami do końca życia. Wróciłam z małą w nosidełku- dziwne uczucie. Nagle stajesz się odpowiedzialnym człowiekiem za drugiego człowieka. Decydujesz za bezbronną istotkę, która jeszcze nie potrafi nic powiedzieć, wyrazić, oprócz płaczu oczywiście. Pierwsze dni były ciężkie. My zamiast ludźmi byliśmy niewyspanymi zombie. Ale bardzo szczęśliwi. Uśmiechnięci i ciekawi nowego życia.
     Jeśli chodzi o mnie to najchętniej po tym całym porodzie leżałabym i nie rozmawiała z nikim, nie robiła nic. Nie chciało mi się z bólu nawet mrugać oczami. Gdyby nie to, że byłam potrzebna małej to najchętniej zniknęłabym na przynajmniej miesiąc. Oboje byliśmy przestraszeni i chcieliśmy wszystkiemu podołać sami, żeby jak najmniej pytań zadawać swoim rodzicom. Wiecie jak to jest. Nie chcieliśmy pokazać, że sobie z czymś nie radzimy. Przede wszystkim chcieliśmy wszystkiego nauczyć się sami. Przecież mamy siebie- niby nic trudnego.
     Po kilku dniach zaczęłam Ninkę karmić butelką. Nie będę opisywała o k r o p n e j walki z laktatorem i tego dlaczego zdecydowałam się na karmienie butelką. Każdy rodzic ma swoją opinię na ten temat.
     W tym momencie tata został także zaangażowany w karmienie. Przygotowaliśmy mleko, zadowoleni karmimy ją kilka razy. Ninka niby szczęśliwa, niepłacząca, bez emocji tzw. przez nas "glutek" (to przez to, że była takim wiotkim niemowlakiem trzeba było baaardzo uważać). Któregoś dnia odwiedziła nas położna i przygotowała mleko. Była akurat godzina karmienia. Kazała mi sprawdzić czy nie jest za gorące. Ja stwierdziłam, że jest gorące, że hoho! Nie można jeszcze jej dać. Pani zdziwiona, że mleko tak długo stygnie spróbowała go, popatrzyła na mnie jak na czubka, ze stwierdzeniem, że to mleko przecież jest zimne. Musieliśmy jeszcze raz je podgrzać. Jak się okazało nasza Ninka jadła zimne mleko przez kilka dni :) (nic jej nie groziło oczywiście). Po prostu tacy mądrzy byliśmy oboje i ze strachu przed oparzeniem małej buzi dostawała zimne. Później już nauczyliśmy się robić mleko o odpowiedniej temperaturze.
     Kolejnym naszym dość zabawnym "uzależnieniem" przy pierwszym miesiącu życia Niny były odwiedziny lekarzy. Wszystkich i wszędzie. Nineczka zrobiła kupkę "kulkę" pojechaliśmy do lekarza. Nineczka zapłakała pojechaliśmy do lekarza. Tak było przy każdym jednym innym zachowaniu Niny niż LEŻENIE. Ninka miała już w pierwszych tygodniach życia prześwietlenie głowy, klatki, bioderek, brzuszka. Wszystkiego prawie!:) Zawsze mówili nam, że jest zdrowa i dziecku nic nie jest, patrząc się na nas jak na czubków.
     Ninka jest bardzo spokojnym dzieckiem. Od początku mało płakała. Dlatego każdy maly płacz nas niepokoił. Aleee twardo byliśmy samodzielni i staraliśmy się od początku radzić sobie sami polegając na sobie wzajemnie. Damian karmił mała w nocy (bo i tak pół nocy grał) także ja miałam czas, żeby się wyspać i funkcjonować w dzień. Po kilki dniach sen się wyregulował. Na dzień dzisiejszy rzadko jestem zmęczona. Baaardzo liczy się pomoc drugiej osoby, dlatego cieszę się, że tata jest tak bardzo zaangażowany, bo mogło być przecież różnie. Jak to z tatusiami bywa. Wiem, że razem damy radę i zawsze znajdujemy jakiś kompromis jak i wyjście z trudniejszych sytuacji. Każdy rodzic popełnia błędy, które uczą. Nie jest idealnie tak na prawdę i uważam, że to świetne, że do większości wniosków dochodzimy sami. Myślę, że nawet to bardzo nas do siebie zbliża.
     Drugi i trzeci miesiąc życia małej opiszę za kilka dni. To dopiero początek ;) Życzę miłego wieczoru.
                                                                  ZMIANA KUPY!  :)

wtorek, 21 kwietnia 2015

Go for a walk with Nina & Endorfina

       Wczorajszy dzień spędziłam dość aktywnie. Na takie dni wybieram wygodny strój. Przy małej najlepiej mi w bluzie i tym razem wybrałam rurki. Adidasy są moim ulubionym obuwiem. Od czasu ciąży zupełnie odzwyczaiłam się od obcasów. Czasami troszkę za nimi tęsknię.
        Założyłam bluzę firmy Endorfina. Kupiłam ją będąc w ciąży, gdy teraz chciałam ją założyć okazała się za duża. Była to dłuższa bluza, długością za pupę. Zdecydowałam się ją skrócić i wyszło chyba całkiem fajnie? Ja czuję się zdecydowanie lepiej. Spodnie mam z Tally Weijl. Dość często je tam kupuję. Jest to jeden z moich ulubionych sklepów, gdzie znajdę jeansy małego rozmiaru (rozm. 32 lub 34). Kilka osób pytało mnie o model butów: Adidas Zx Flux 2.0 W B34919
      Dziś dzielę się z Wami zdjęciami ze spaceru, a jutro dodam post dotyczący pierwszego miesiąca życia z Ninką. Jako "rodzice samouki" popełnialiśmy kilka dziwacznych błędów. Zapraszam do komentowania i zostawiania przy okazji adresów swoich blogów (chętnie pozaglądam na inne blogi o podobnej tematyce). Dopiero się uczę, jestem ciekawa Waszych opinii. Zachęcam także do obserwacji ( klik po prawej ), będę starała się zawsze czymś Was zaciekawić. Mimo wszystko dziękuję za tak liczne odwiedziny w takim krótkim czasie- nie spodziewałam się. Aa! Wpadnijcie też na mój instagram obserwuj :) Miłego wieczoru!











                                         

                      (blouse- Endorfina Wear; pants- Tally Weijl; sneakers- Adidas)

czwartek, 16 kwietnia 2015

Casual clothes

        Dzisiejszy dzień jest taki nijaki. Tylko Nina dziś śmiała się w głos. A mi jedyne co się miłego wydarzyło to znalezione precle, bo w Lidlu trwa niemiecki tydzień. Od kogoś dostałam 'snapa' z taką wiadomością, tak pewnie bym nie wiedziała- dziękuję :)  W sumie wyszłam dziś tylko na chwilę. Na zdjęciach mam koszulę z H&M bardzo wygodną i lekką na wiosenny dzień. Spodnie takie jak przeważnie- z obniżonym krokiem. Czuję się w nich najbardziej komfortowo nie potrafię wyjaśnić dlaczego.
      Dołączam zdjęcia i idę się relaksować. Mała śpi, tatko pojechał w Polskę, a ja zajadam się preclami i sushi popijając colą, korzystając ze świętego spokoju. W sumie dziwna mieszanka ;) Dobranoc!












Kurtka @
Buty Jordan
Torebka Cropp
Koszula H&M
Spodnie Invictus

wtorek, 14 kwietnia 2015

Spring passes with Diamante wear

     W sobotę pogoda była przecudna. Wyciągnęłam tatusia na mały spacer z malutką. Uwielbiam patrzeć na ludzi w słońcu. Są jacyś szczęśliwsi. A zakochane pary to mój ulubiony widok. Nawet Szczecin w słońcu jest piękniejszy. Bardzo ciężko było mi polubić to miasto po dłuższym mieszkaniu we Wrocławiu. Wprowadziłam się tu latem, ale będąc w ciąży niekoniecznie chciało mi się spacerować. Dopiero uczę się tego miasta, przyzwyczajam się i dostrzegam piękno i urok :) Ahhh no i szczecińskie paszteciki- PYCHOTA! :) W życiu nie jadłam czegoś takiego. Fajnie jest odkrywać nowe smaki. Wydawałoby się, że człowiek próbował wszystkiego, a tu figa z makiem :)
    Na spacer ubrałam się w kilka rzeczy od Diamante wear (sklep Diamante). Bardzo lubię tę markę. Jestem wierną fanką :) Mam sporą kolekcję, którą pewnie zamieszczę u siebie na blogu. Wrzucam kilka fotek i lecę na zakupy :)










Buza Bitchie Bitch Diamante wear kup tutaj
Bluza krótka Diamante Cropped Hoodie kup tutaj
Koszulka Champagne Dreams Diamante wear kup tutaj
Torebka DeeZee.pl 
Buty Nike Air Max
Spodnie Genetic Apparel
Kurtka Sinsay





sobota, 11 kwietnia 2015

z cyklu opowiastki: Prawdziwy poród, nie z filmów i gazet.

        Jest 36 tydzień mojej ciąży. Zdecydowanie za wcześnie na poród. Dostałam jakiegoś zabawnego sms od Damiana, że dziś gra cała noc na Xboxie, bo ma jakąś tam nową grę. Uznałam, że w sumie to niezły pomysł, bo wtedy ja pooglądam sobie zaległe odcinki Family Guy.
        W ciąży bardzo szybko kładłam się spać, żeby czas szybciej leciał. Nie lubiłam tego czasu. Marudziłam, nie mogłam wykonywać codziennych czynności tak jak do tej pory, a pod koniec nawet wyjście z psem to był kłopot dla moich chudych nóg. Kiedy kucnęłam to już nie mogłam wstać ;D itd. Co do humorów to wszystko to akurat prawda co piszą. Papierek leżał nie na miejscu- awantura. Rozrzucone ciuchy- awantura. Damianowi nie chciało iść się dla mnie po cole- awantura. Za to mój piesek mógł wszystko ;) Nigdy taka nie byłam, zawsze takie rzeczy mam gdzieś. Wkurzała mnie ta zmiana. Dziś strasznie współczuje Damianowi, że musiał mnie znosić. W sumie nie musiał przecież, ale chciał :)
       Nadszedł wieczór. Damian grał, ja w końcu padłam. Jakoś koło 4:00 coś Damian przyszedł do mnie. Przebudziłam się i mówię, że jakoś dziwnie się czuję. Nie mogę spać, a Ninka strasznie w brzuchu wariuje. Damian zmęczony pogłaskał mnie po głowie i mówi: "Idź spać, przecież jesteś w ciąży. To tak pewnie ma być, przecież czasem coś boli, idź spokojnie spać". Posłuchałam. Minęła kolejna godzina. Budzę się i jego przy okazji i znowu mówię, że boli, że coś chyba z mała nie tak. Damian zaspany tuli, głaszcze i mówi, że rano się obudzę i będzie po wszystkim, że pewnie nie będzie już bolało. No zasnęłam na siłę, pomyślałam, że ma rację. Jestem w ciąży, mam wielki "bebzon" to przecież musi boleć.
       Pobudka, ale nadal leżę. Wystawały mi tylko oczy spod kołdry ;) i czekałam, aż on wstanie. Czułam, że mała nadal się wierci. Damian się obudził, popatrzył na mnie i powiedział "No nie mów, że Ty mi dzisiaj zaczniesz rodzić. Ja muszę jechać do studia!". Uśmiechnęłam się tylko i powiedziałam, że ja sobie tak godzinkę poleżę i jeśli nie przejdzie to pojedziemy do szpitala, żeby tylko zerknęli czy z malutką wszystko ok. Po badaniu wrócę już sama, a on niech jedzie, gdzie ma jechać. Minęła godzina mała nadal wariuje. Jedziemy do szpitala. BYŁAM NA STÓWĘ PEWNA, że jadę tylko na badania. Wszędzie pisali, że jak się zaczyna rodzić to się wie, że to ta chwila- sratatata- wcale nie. Po prostu malutka się poruszała bardziej aktywnie. W zasadzie miała już takie dni.
       Weszliśmy do szpitala i mówię co mi jest. Kobieta zerknęła na mnie, pytając który to tydzień (miałam bardzo mały brzuch).

środa, 8 kwietnia 2015

DeeZee.pl- przygoda z sukienką

      Dziś wrzucam zdjęcia zakupów na DeeZee.pl. Oczami mojej bujnej wyobraźni widziałam, że sukienka (ta tutaj:)) będzie pasowała do butów (o tych:)). Raczej nie chodzę tak ubrana na co dzień. Po prostu mi się zachciało :) Zamówiłam też torebkę  pistolet- (taką:)), bo mi się bardzo spodobała. Jak zwykle nie mogłam się doczekać kuriera. Przyszło. Otwieram, zakładam kieckę. Sukienka, którą sobie wyobrażałam miała być krótka (jak na zdjęciu u Pani modelki). Okazało się, że muszę być od modelki sporo niższa, bo sukienka była prawie po kolana ;D Okropnie to wyglądało. Nie musiałam pytać jak wyglądam, bo od razu zostałam wyśmiana przez ukochanego. Decyzja- NIE BĘDĘ TEGO NOSIĆ. Nie chciało mi się bawić w odsyłanie itd. Zdecydowałam, że wezmę nożyczki przetnę to na pół. Będzie co będzie. I nawet coś wyszło, jak widać na zdjęciu. Sukienka zamieniła się w bluzkę i spódnicę. Bluzka jest jedną z moich ulubionych na tę chwilę, a do spódniczki wszyłam gumkę i jest też ok. Trzeba sobie radzić.
    Buty- w porządku. Nigdy tego typu butów nie nosiłam, ale są wygodne. Pewnie kilka razy wiosną je założę. Co do torebki to strasznie ją lubię, wygląda na tyle interesująco, że zwraca uwagę wielu osób. W środku jest sporo kieszonek, przegródka itd... Cóż więcej kobiecie potrzeba? Na szybki spacer, wyjście do sklepu, gdzie jest potrzebny tylko telefon i portfel- nic więcej :)
 




                                                 







                                         


                                                              kurtka: h&m Kids
                                                              spodnie: Tally Weijl
                                                              buty: DeeZee.pl
                                                              torebka: DeeZee.pl
                                                              sukienka DeeZee.pl

niedziela, 5 kwietnia 2015

Precle, precelki

PRECLE! Pychota!
        Jak byłam mała dość często odwiedzałam moją ciotkę, która mieszka w Niemczech. Ciotka od zawsze kojarzy mnie z niejadkiem (Hmmmm w sumie do dziś zdarza mi się jeść obiad z małego talerza, ale za to jem prawie wszystko, tylko małe ilości). Na pytanie ciotki: "Izaaaaa co chcesz na śniadanie?" zawsze były to "precle z masłem i bifi" (takie małe niemieckie salami). Kiedy pytała o obiad, kolacje, przekąskę- obojętnie- zawsze była ta sama odpowiedź. Ja osobiście oszalałabym z takim dzieckiem. Nie ważne ile moje wakacje u ciotki trwały, nie zjadałam prawie nic innego.
     Jedyny napój bezalkoholowy jaki akceptuję dziś to cola. Wtedy zreszta uważałam tak samo, ale chetnie też piłam Mezzo Mix (cola z pomarańczą). Byłam straszenie szczęśliwym dzieckiem będąc tam. Nikt nie marudził, że to niezdrowe. Wakacje idealne dla mnie.
       O co się rozchodzi?! O to, że przez kilka dobrych lat szukam precli w Polsce. Dlaczego nie są ogólnodostępne w każdej piekarni? Raz, podczas studiów we Wrocławiu, trafiłam na precle w małym sklepie z pieczywem przy makro i raz w Intermarche. A Mezzo Mix to w ogóle niewiadomo gdzie szukać ;( Obecnie mieszkam w Szczecinie, niby blisko Niemiec, a precli jak nie było tak nie ma. Dlaczego?


                      








środa, 1 kwietnia 2015

Trochę ciuszków

Wrzucam kilka zdjęć z dzisiejszego wyjścia. Uwielbiam taki styl. Uważam, że każdy powinien chodzić ubrany tak jak ma ochotę, niezależnie od wieku.







kurtka: Endorfina
bluza: Diamante
buty: Adidas

Z cyklu opowiastki: Złośliwość rzeczy martwych

           Mam dziś małą opowieść. Kilka tygodni temu wpadłam na pomysł zakupu na urodziny swojemu facetowi konsoli Xbox One. Udawałam przed Nim, że nie wiem co mu kupić i nie mam pomysłu na prezent (wiedziałam już dawno, że dostanie konsolę). Pochwaliłam się przyjaciółce, która stwierdziła, że to super pomysł, więc jeszcze bardziej się cieszyłam. Radość nie trwała długo, bo Damian (mój ukochany) musiał wszystko popsuć smsem: "Koteeeek, a może na moje urodziny kupilibyśmy Xbox'a?:P"- i już mi się odechciało. Jednak postanowiłam trzymać się planu udając przed Nim, że Xbox to za drogi prezent, a ja teraz nie wydam tyle pieniędzy. Przecież ma starą konsolę, więc co za różnica. Maaarudził całe tygodnie. Wysyłał mi MMS ze zdjęciem konsoli, podczas snu straszył mnie szeptaniem do ucha: "xboooooox", ustawił na tapecie na laptopie zdjęcie Xboxa, a z magnesów na lodówce ułożył wielki "X" (chory co?!:))
           Nadszedł dzień w którym pojechałam kupić konsolę. Mała została z tatusiem w domu, więc miałam trochę czasu. Poszłam do Saturna i wspólnie z panem sprzedawcą wybraliśmy odpowiedni (tak wtedy myślałam) zestaw. Konsola była w komplecie z grą Fifa 2015. Do konsoli zamówiłam tort w Cup&Cake. Byłam tam po raz pierwszy, ale uważam, że przesłodko jest w środku. Pani pokazała albumy i wymyśliłam, że będzie to tort w kształcie pada od Xboxa- udało się. Tort do odbioru w dzień urodzin. Wszystko wydawałoby się szło zgodnie z planem. Damian oczywiście cały tydzień próbował zgadywać co mu kupiłam. Wpadał na różne pomysły (strach wymieniać), jednak miał nadzieję cały czas na konsolę.
            Przyszedł dzień urodzin. Wstałam, pojechałam po tort i po prezent do babci (u niej był schowany) i z balonami itd. do domu. Damian zrobił obiad- no idealnie. Przyszli goście. Zjedliśmy obiad. Wnoszę tort (kłamałam go do końca, że to sernik). Myślę, że się ucieszył jak go zobaczył :) Oczywiście nadal trzymam się tego, że chociaż pada dostał, skoro teraz nie mam pieniędzy na konsolę. Tort zjedzony, można iść do prezentu. I tu największa radość. Czułam się jakbym swojego synka uszczęśliwiła tak się cieszył! Darł się, aż dziecko się wystraszyło. Wyglądało to mniej więcej tak: https://www.youtube.com/watch?v=pFlcqWQVVuU
           Kiedy wyszli goście od razu zaczęło się podłączanie no i pierwsze uruchomienie...tadaaaaam! Przy wyborze sieci i wpisaniu hasła czar prysł! Zacina się, nie działa. Próbowaliśmy kilka razy... No i nic. Konsola zepsuta. Jadę do Saturna (była niedziela). Pan powiedział, że w dniu dzisiejszym nie możemy nic załatwić, bo nie ma kierownika, ani przedstawiciela. Ale sprawdził konsolę. Podłączył i popsuła się jeszcze bardziej. Kazał przyjść jutro, a rano zadzwonić na infolinię Xbox(czy jakoś tak) i zapytać co się dzieje i jakie oni widzą rozwiązanie sytuacji. No, a w domu smutek.
         W poniedziałek rano zadzwoniłam i pan konsultant chciał mi wysłać jakieś tam oprogramowanie, żeby zrzucić na pen drive`a (nie wiem nie znam się). Przecież kto chce zapłacić prawie 2000 zł i robić cokolwiek, żeby zadziałała konsola? NIKT. Jadę po raz drugi do Saturna. Jakoś udało się załatwić sprawę i dostaliśmy nowy sprzęt. Nowa konsola uruchomiła się bez problemu. Przyszło do zainstalowania Fify. KOD DO GRY NIE DZIAŁA. Dzwonię tam...Pan nie wie i mówi aby znowu jechać do Saturna wymienić grę, bo jest błąd. No przecież oszalałam z nerwów ;] Ale pojechałam no nie odpuszczę przecież tej gry. W Saturnie uznali, że gry to nie ich sprawa i kodami do gier zajmuje się Microsoft. Nie chcielibyście widzieć mojej miny.Wracam do domu. Damian gra już w coś tam, a Ninka obok razem z Nim, zadowolona.
         Było już po 18:00, a infolinia czynna do 18:00. Na drugi dzień rano zadzwoniłam do Microsoft mówiąc po raz trzeci jaki mam problem z grą i Pan po raz kolejny kazał wpisywać jeszcze raz KOD gry, a jak już nie wiedział co się dzieje- rozłączył się. Zwątpiłam w to, że kiedykolwiek uzyskamy kod do Fify, ale zadzwoniłam po raz kolejny. Następny konsultant kazał wpisać kod, a kiedy powiedział, żeby na sekundę wyłączyć konsolę to nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. Wykonałam polecenie (Damian oczywiście mnie rozśmieszał, więc Pan został wyśmiany z każdej strony). Po włączeniu konsoli po raz kolejny mieliśmy wpisać kod (to było na tamtą chwilę na prawdę bardzo śmieszne kiedy mówiłam do Damiana, żeby wpisał kod po raz któryś). Wpisuje, a tu : "operacja zakończona sukcesem". UDAŁO SIĘ! :)
           Okropne miałam nieszczęście co do mojego wyboru, zresztą zawsze tak jest jak coś kupuję. Laptop już był dwa razy na gwarancji. Nigdy więcej nie kupię już nic sama, bo po prostu mam pecha :) Na szczęście w chwili obecnej moje radosne dzieci (Damian i Nina) grają. Ale JAK!! Niewiarygodne! Gość 25 lat biega po pokoju z padem niczym dwulatek <3 Wrzucę fotkę co się dzieję właśnie teraz kiedy piszę tego posta (siedzą i grają, chyba przegrywają, bo od czasu do czasu słyszę brzydkie słowa. Dobrze, że Ninka jeszcze ich nie rozumie:)) A ja dzięki temu mam sporo czasu i chyba dlatego w końcu postanowiłam założyć tego bloga :))





tort Cup&Cake Szczecin