sobota, 11 kwietnia 2015

z cyklu opowiastki: Prawdziwy poród, nie z filmów i gazet.

        Jest 36 tydzień mojej ciąży. Zdecydowanie za wcześnie na poród. Dostałam jakiegoś zabawnego sms od Damiana, że dziś gra cała noc na Xboxie, bo ma jakąś tam nową grę. Uznałam, że w sumie to niezły pomysł, bo wtedy ja pooglądam sobie zaległe odcinki Family Guy.
        W ciąży bardzo szybko kładłam się spać, żeby czas szybciej leciał. Nie lubiłam tego czasu. Marudziłam, nie mogłam wykonywać codziennych czynności tak jak do tej pory, a pod koniec nawet wyjście z psem to był kłopot dla moich chudych nóg. Kiedy kucnęłam to już nie mogłam wstać ;D itd. Co do humorów to wszystko to akurat prawda co piszą. Papierek leżał nie na miejscu- awantura. Rozrzucone ciuchy- awantura. Damianowi nie chciało iść się dla mnie po cole- awantura. Za to mój piesek mógł wszystko ;) Nigdy taka nie byłam, zawsze takie rzeczy mam gdzieś. Wkurzała mnie ta zmiana. Dziś strasznie współczuje Damianowi, że musiał mnie znosić. W sumie nie musiał przecież, ale chciał :)
       Nadszedł wieczór. Damian grał, ja w końcu padłam. Jakoś koło 4:00 coś Damian przyszedł do mnie. Przebudziłam się i mówię, że jakoś dziwnie się czuję. Nie mogę spać, a Ninka strasznie w brzuchu wariuje. Damian zmęczony pogłaskał mnie po głowie i mówi: "Idź spać, przecież jesteś w ciąży. To tak pewnie ma być, przecież czasem coś boli, idź spokojnie spać". Posłuchałam. Minęła kolejna godzina. Budzę się i jego przy okazji i znowu mówię, że boli, że coś chyba z mała nie tak. Damian zaspany tuli, głaszcze i mówi, że rano się obudzę i będzie po wszystkim, że pewnie nie będzie już bolało. No zasnęłam na siłę, pomyślałam, że ma rację. Jestem w ciąży, mam wielki "bebzon" to przecież musi boleć.
       Pobudka, ale nadal leżę. Wystawały mi tylko oczy spod kołdry ;) i czekałam, aż on wstanie. Czułam, że mała nadal się wierci. Damian się obudził, popatrzył na mnie i powiedział "No nie mów, że Ty mi dzisiaj zaczniesz rodzić. Ja muszę jechać do studia!". Uśmiechnęłam się tylko i powiedziałam, że ja sobie tak godzinkę poleżę i jeśli nie przejdzie to pojedziemy do szpitala, żeby tylko zerknęli czy z malutką wszystko ok. Po badaniu wrócę już sama, a on niech jedzie, gdzie ma jechać. Minęła godzina mała nadal wariuje. Jedziemy do szpitala. BYŁAM NA STÓWĘ PEWNA, że jadę tylko na badania. Wszędzie pisali, że jak się zaczyna rodzić to się wie, że to ta chwila- sratatata- wcale nie. Po prostu malutka się poruszała bardziej aktywnie. W zasadzie miała już takie dni.
       Weszliśmy do szpitala i mówię co mi jest. Kobieta zerknęła na mnie, pytając który to tydzień (miałam bardzo mały brzuch).
Babka myślała pewnie, że panikuję. Jak powiedziałam, że 36 to dla świętego spokoju pozwoliła mi wejść do gabinetu. Damian został na poczekalni. w środku oczywiście okazało się, że zapomniałam dowodu (zawsze coś napsocę:)). Podłączają mnie pod KTG. Pielęgniarka nagle na mnie zerka zdziwiona i pyta czy ja nie czuję skurczy, Powiedziałam, że nie. Na co ona, że mam skurcze i zaczynam RODZIĆ właśnie. Uznałam, że to niemożliwe, bo przecież nie miałam żadnych objawów. Ale skoro tak mówi to widocznie tak jest. Zeszła Pani Doktor bez słowa czy zostaję? czy co? Przygotowuje mnie do porodu. Ciuchy ze mnie ściągają, pakują do worka na śmieci. Szał. A Damian biedny na tej poczekalni niczego nieświadomy. W końcu go poprosili, a ten zdziwiony, blady i zielony zarazem :D Nie wiedział co ma robić :D Kazali mu pojechać po mój dowód no i rzeczy do porodu (większość rzeczy nie była jeszcze spakowana, mieliśmy na to jeszcze MIESIĄC!). Przywiózł mi wszystko. Pani pytała czy chce być przy porodzie. A On pobladł zdziwiony, że NIE! Ale co on ma teraz robić (PANIKA!). Pani spytała czy ma jakieś zajęcie? "No mam". "To proszę jechać". I POJECHAŁ coś tam nagrywać. Poszłam na porodówkę. Była jakoś 11:00 może 12:00. Leżałam na tym ohydnym łóżku, ale pielęgniarki były kochane. Jakoś umilały mi czas. Robiłam się głodna, a przecież z oczywistych powodów nie można jeść (gdybym miała radzić to każdej mamie kazałabym schować kanapkę do torby! Tak też podpowiedziała mi moja znajoma fryzjerka. Ja jej nie wzięłam, bo wszystko działo się zbyt nagle).
        Umowa była taka, że moja i Damiana przyjaciółka pójdzie ze mną rodzić. W życiu nie chciałabym tam mojego faceta. Kinga (przyjaciółka) dojechała po kilku godzinach. przywiozła mi po cichu colę ;D Była pyszna! Siedziałyśmy tam do nocy. Skurcze są (nie czułam nadal), ale poza tym nic się nie dzieje. Decyzja- odwożą mnie na oddział, bo w takim stanie nie mogę iść do domu. Byłam wymęczona jak nie wiem. Cała noc i cały dzień bez jedzenia i nic ze sobą! Ktoś poczęstował mnie kanapką... Była najpyszniejsza w moim życiu- serio! Kinia poszła spać do auta, a mi kazali usnąć. Zamknęłam oczy, a Nina się ruszała jeszcze mocniej. Do tego stopnia, że poruszała mną całą :) Przyszła jakaś Pani posłuchać Ninki serduszka. Podłączyła mnie, i poszła. Ta maszyna dziwna zaczęła piszczeć, uruchomił się jakiś alarm. Wszystkie pacjentki w pokoju mówią, że im tak nie "piszczało". Jedna poleciała po położną, a ta mówi, że musi iść z tym do Pani Doktor, Nince strasznie skakało tętno. Z bardzo niskiego na bardzo wysokie. Myślałam, że oszaleję tam ze strachu :( Okropne uczucie, że coś jej jest, a nie mogę jej pomóc. Wróciła położna i mówi, że idziemy rodzić, bo mała pcha się na świat. Oho to pospałam- pomyślałam. Była 2:00 Pakuję manatki i znowu na porodówkę. Kinga wróciła. Podawali mi dziwne środki :D Superowe były w sumie. Zadzwoniłam w środku nocy do Damiana, to śmiał się tylko, że nie będzie ze mną rozmawiał, bo jestem nietrzeźwa i nie da się ze mną dogadać. My też ciągle się śmiałyśmy. Robiłyśmy sobie zdjęcia, gadałyśmy głupoty. Wytrzeźwiałam, a o porodzie dalej nic nie słychać. Piłam tylko wodę, dostawałam znieczulenia. GŁODNA, SŁABA i niewyspana :(
       Kolejny dzień wywoływania porodu. Biedna Kinga już nic z braku snu nie widziała na oczy. Godzina 13:30. Odeszły wody. Miałam już mieć cesarkę, bo nie miałam sił przecież, a akcji porodowej brak. Zszedł lekarz, żeby zabrać mnie na cesarkę, ale było już za późno. Zaczęłam rodzić.
OKROPIEŃSTWO. Nie będę czarować, że "jakoś dałam radę", bo nie wiem jak ja dałam radę. Nie było fajnie. Ból nie do opisania, ale prawdą jest, że się zapomina (nie wierzyłam w to). Ninka jest już na świecie:) 10 na 10 w skali Apgar, 54 cm; 3,02 kg- zdrowiutka Nineczka. Nie pamiętam za wiele... Ponoć strasznie klęłam i okrzyczałam nawet Kingę. Fajnie jak ktoś bliski jest z Tobą na porodówce. Nie musiałam leżeć i gapić się w sufit. Dziś w ogóle mało pamiętam z tego szpitala. Pamiętam jak Damian przyszedł i jeszcze lekko "kręciło mu się w głowie" po opiciu faktu, że jestem w szpitalu i zostanie tatą. I pamiętam jeszcze cudowną położną która "rodziła ze mną". Jeśli chodzi o personel w szpitalu na Pomorzanach w Szczecinie, oceniam na 5+. Ból, patrząc z perspektywy czasu, ten po porodzie był gorszy niż podczas samego porodu. Wiem na pewno, że będę miała tylko jedno dziecko :)
      Po dwóch dniach byłam już w domu, no i się zaczęło :))


8 miesiąc ciąży







Małe dwudniowe szczęście- Ninka.

 


3 komentarze:

  1. Szczerze podziwiam, ja dziecka jeszcze nie planuję a już boję się porodu :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tez sie balam, na szczescie juz po wszystkim :) nie unikniemy tego niestety :)))

      Usuń
    2. Niestety nie, jeżeli chce się mieć potomstwo to ktoś musi urodzić :)

      Usuń