sobota, 9 maja 2015

z cyklu opowiastki: trzeci miesiąc życia niemowlaka i zapalenie płuc

     Trzeci miesiąc nie był pełnym radości, bo z Ninką wylądowaliśmy w szpitalu. Zawsze kiedy na weekendy zostawałam sama musiało się dziać coś złego. Tak było i tym razem. Nina koło 14:00 w któryś tam piątek dostała okropnego kataru. Zadzwoniłam od razu do naszej pani doktor. Pediatra stwierdziła, że jeśli nic innego się nie dzieje możemy przyjść w poniedziałek. Spoko- pomyślałam, chyba lekarz wie najlepiej. Ale pod wieczór Nina dostała też kaszlu, a katar był tak mocny, że ciężko było jej oddychać. W dodatku takie maluchy nie potrafią oddychać buzią- DRAMAT. Godzina 21:00 zebrałam się z kumpelą i poleciałyśmy do szpitala. Tam doktor odesłał nas do domu z kroplami do noska, solą morską i czopkami przeciwgorączkowymi i przeciwbólowymi. Wydawało się, że pomogło. Rano było lepiej. W niedziele w ogóle jakby wszystko znikało. Poszliśmy już w poniedziałek do naszej pediatry i słucha, słuuucha. Nagle okazuje się, że z niewinnego kaszlu i małego kataru podejrzewa zapalenie płuc. WYOBRAŻACIE SOBIE?! 3- miesięczne dzieciątko, do szpitala! Okropna panika. Ale doktor uspakajała, że niby tylko 3-dniowa kontrola.
      Spakowałam się, wściekła i wystraszona- wiadomo. Mojemu dziecku coś dolega, a do tego NIENAWIDZĘ SZPITALI. Ale pomyślałam, że 3 dni, to nie tragedia. Ważne, żeby mała była już zdrowa. Pojechaliśmy na izbę przyjęć. Tam żaden z lekarzy nic nie słyszał na płuckach, ale koniec końców kazali nam zostać na trzydniową inhalację, Po jednej dobie  pani ordynatorka stwierdza: ZAPALENIE PŁUC, 10 DNI ANTYBIOTYK dożylnie. Oszalałam. Nina wyglądała dobrze, lekki katar, kaszelek już znikał. Tylko oczka jej się świeciły. Taka jakby cały czas zmęczona była, leniwa. Nie płakała, bo to mały zuch. Na szczęście w samą porę ordynatorka zauważyła, że coś złego działo się na płuckach.
      Nowy dzień. Ninka już
z wenflonem w rączce. Okropne jest to, kiedy trzeba patrzeć, jak taki niemowlaczek płacze z żalem, bo w małą żyłkę wbijają igłę, Zawsze trzeba myśleć, że to dla jej dobra i, że to jej przecież pomoże. Małe dziecko czuje kiedy mama się denerwuje, dlatego starałam się być silna i dawać jej wparcie i siłę. Z każdym wkłuciem chciało mi się płakać, miałam żal do wszystkich, ale uśmiechałam się, bo mała zawsze się uśmiecha, kiedy ja to robię. Raz pobieranie krwi, raz zmiana wenflonika, bo się zatkał. A przecież to niczyja wina.
    Każdego dnia budzono nas o 6:00 na 6:30 musiało być wszystko posprzątane, żeby salowa (czy jak to tam się mówi) nie miała pretensji, że buty stoją pod szafką, a nie w szafce. To się w sumie ceni, bo w końcu to oddział, gdzie są noworodki, niemowlaki. Nie może być nic brudnego itd. Ale przez 2 tygodnie takiej musztry- MOŻNA OSZALEĆ. Za łóżko w szpitalu musiałam zapłacić (ważne, że w ogóle miałam, gdzie spać), niektóre mamy zostawiały swoje dzieci na noc. JA BYM W ŻYCIU TEGO NIE ZROBIŁA. Okropne doświadczenie, ale każde przecież czegoś uczy. Nina na szczęście była najmniej chorym dzieckiem. Obserwowałam różne dzieci. Trzeba mieć mocne nerwy, żeby tam przetrwać. Ale dla swojego dziecka jesteś w stanie zrobić wszystko! Ninka miała w zasadzie mały urlopik, czasem nawet żartowałam, że jest na koloni. Po kilku dniach przywykła do ukłuć i nawet nie płakała, ja przestawiłam się na to poranne wstawanie i rozplanowałam jakoś dzień. KAW WYPIŁAM STO ;)  Damian był ze mną codziennie. Wtedy miałam czas dla siebie. Jedzenie, kąpiel itd. no i godzinne żalenie się mu ;)
    Ninka jest bardzo pogodna. W zasadzie po kilku dniach było nawet wesoło. Nina wracała do zdrowia, czym tu się smucić?! Przyszedł dzień wyjścia. Polecieliśmy od razu po miliony leków dla siebie (żeby czasem już nigdy nie zachorować, żeby nie zarazić małej), inhalator (bo wcześniej nie wiedzieliśmy, że trzeba taki mieć), witaminki dla Niny i różne inne potrzebne rzeczy.
      Pozytywy z pobytu w szpitalu:
- Nince zniknęły kolki i do dziś nie wróciły (chyba przez regularne jedzenie, bo przynosili nam mleko o konkretnych godzinach. W domu raczej jadła kiedy chciała),
- Nauczyła się podnosić głowę leżąc na brzuchu,
- Przywykła do obcych ludzi, do dziś lubi nowe osoby (każdego dnia przychodziło z 15 studentów i każdy lekarz z grupami podopiecznych, pytał czy może Ninę zbadać)
- Uodporniła na kłucia (nie płacze nawet przy szczepieniach w rączkę, czy pobieraniu krwi- ani ona się nie denerwuje, ani ja)
     Najwięcej nauczyliśmy się my:
- Współpraca,
- Wsparcie, wsparcie i jeszcze raz wsparcie (potrzebowałam wiele słów otuchy),
- Cierpliwość,
- Jeszcze bardziej do mnie dotarło, że córka jest dla nas najważniejsza w życiu,
    Tym postem chciałam pokazać, że nie można się załamywać kiedy dzieje się coś złego, niezależnego od nas. Taki już jest los. Wyznaję zasadę, że co ma być to i tak będzie. Nie unikniemy tego. Nie można obwiniać się wzajemnie, bo nie na tym polega wsparcie. Stało się i już. Teraz wspólnie róbmy wszystko, żeby dziecko wróciło do zdrowia. A przy tym, żebyśmy my się nie pozjadali wzajemnie z nerwów i stresu. Każde doświadczenie nas czegoś uczy. I tak też to się skończyło. Nina cała i zdrowa, a my bogatsi o kolejne doświadczenia życia z maluchem.





instagram: OBSERWUJ!
facebook: POLUB!

3 komentarze:

  1. Jak wiesz za miesiac zostanę mamą, nie wiem jak bym przeżyła taki pobyt w szpitalu. Najgorzej byłoby mi patrzeć na to klucie dziecka igłami. Szpital to zdecydowanie nie miejsce dla takiego maluszka ale oczywiście zdrowie jest najważniejsze a tam zawsze mamy zagwarantowaną pomoc. Fajnie że z tej całej sytuacji wyciągnęłaś tyle plusów. Najważniejsze żeby Ninka była teraz zdrowa i tego jej z całego serca życzę ;) Pozdrawiam http://creamshine.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja mama na pewno wie co czujesz, bo kiedy ja miałam z 2-3 miesiące też miałam chyba zapalenie płuc i to było w gwiazdkę do tego. Jednego dnia pielegniarki powiedziały, że prawdopodobnie nie przeżyje już tej nocy, ale jednak udało się, dzisiaj mam 15 lat, wszystko jest ze mną dobrze :) Dobrze, że Nina jest już zdrowa :)

    Obserwuję i zapraszam
    polgiaa.blogspot.be

    OdpowiedzUsuń