czwartek, 9 lipca 2015

Z cyklu opowiastki: Pechowy wyjazd na wakacje.

      Wyjazd z dzieckiem? Pewnie, że tak! Tylko musimy się do tego  d o s k o n a l e  przygotować. Postanowiliśmy pojechać na kilka dni nad morze. Wielkie przygotowania, zakupy, namioty plażowe, parasole, szlafroczek- wszystko to, żeby zapewnić małej jak najwięcej cienia. Na słońcu też nie mógł leżeć pies, bo nasza Ninja też pojechała z nami.  Wyjazd na dwa, trzy dni niczym nie różni się w pakowaniu od tego na dwa, trzy tygodnie.
      Stworzyłam sobie cała listę zakupów dla małej, bo to nasz pierwszy wyjazd nad morze z córką. Dwa dni przed wyjazdem wszystko wydawało się dopięte na ostatni guzik. Wieczorem postanowiłam sobie SAMA dokleić kilka rzęs (komu chce się malować w taki upał, szkoda na to czasu itd. a dobrze wyglądać chce każda kobieta). Wzięłam pęsetkę i zabrałam się do roboty. Zaledwie trzy rzęsy przykleiłam i ześlizgnęła mi się ostra jak igła pęseta prosto w oko.
Wszystko wydawało się ok. Pooglądałam TV, nawet chyba wypiłam pyszne piwko w gorący wieczór i poszłam spać. Rano o 6:00 wstała Nina na śniadanko, a ja nagle nie mogę otworzyć oka. Powieka spuchła, łzy lecą jak szalone, czułam jakbym miała tam nasypane kilogram piasku. Obudziłam Damiana spanikowana, ale było za wcześnie na lekarza. Koło 9:00 polecieliśmy do okulisty. Diagnoza- przebita rogówka. Antybiotyk na tydzień plus jakieś tam maści i oczywiście opatrunek na oko. Nigdy już sama nie zabiorę się za doklejanie rzęs, mimo, że czuła się w tym mistrzem :)
    Po wyjściu od lekarza stwierdziłam, że do jutra do wyjazdu przejdzie. Ehe, dupa. Nie przeszło. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się pojechać. Doktor powiedziała, że dwa dni i oko się zagoi. Uwierzyłam. Spakowani wyruszyliśmy w krótką podróż do Dziwnowa.
    W pierwszy dzień poszliśmy na plaże, wleciał mi w chore oko piasek i po plażowaniu. Myślałam, że umrę z bólu. Mimo stosowania antybiotyku czułam się cały czas tak samo źle. Damian, pies i Nina byli zadowoleni. Tylko ja miałam kłopot, do czasu tylko ja. Urlop wydawał się jak najbardziej udany jeśli chodzi o towarzystwo i całą resztę (poza moim okiem:)).
    W ostatni dzień ból ustał. Po obiedzie spakowaliśmy się i ruszyliśmy w podróż powrotną. Przejechaliśmy jakieś 40 km i auto zaczęło jakoś głośniej chodzić. Mija kolejne 10 km i auto zgasło. W około pole, zakręt, komary, las, cała reszta owadów, które nas podjadały. Staliśmy w polu w upale z psem, dzieckiem i BEZ WODY, którą mieliśmy dokupić na następnej stacji (Nina miała w swojej butelce ostatnią porcję dla siebie i musiała się podzielić z psiakiem). Jak na złość nikt ze znajomych nie odpisywał, nie odbierał lub na prawdę nie mógł przyjechać. Na nasze szczęście zatrzymał się pan z wizytówką: POMOC DROGOWA. Staliśmy tam kolejną godzinę w oczekiwaniu na pana z pomocy drogowej, który dowiózł nam też wodę. Kolejny pech JABŁKOWĄ. Ani Nina, ani pies się tym nie napoi. Ale trudno musieli. Przez godzinę stania z dzieckiem na rękach i psem pod drzewem, na ok. 100 samochodów NIKT (poza panem z wizytówką i jedną parą) się nie zatrzymał. Nikt nie miał serca (chociażby ze względu na półroczne dziecko) spytać chociaż: "co się stało?".
     W pomocy drogowej nie zmieściliśmy się wszyscy. Pan wydzwonił kolegę, który przyjechał autem rozgrzanym do czerwoności, bez klimatyzacji. Nie ważne to było wtedy, ważne było, że ktoś pomógł i mogliśmy zmierzać w stronę domu. Całą drogę polewałam wodą psa i małej zmoczyłam włoski. Dojechaliśmy do domu, zaraz za nami nasz samochód z Damianem. Należy się 400zł i poszliśmy do domu.
    Sumując: Trzeba być przygotowanym na wszystko! Szczególnie z małym dzieckiem! Na szczęście zawsze mam przy sobie w razie czego jeden słoiczek z obiadkiem, który się przydał. Bardzo dużo picia, (a powinnam była mieć jeszcze więcej, bo jak pisałam zabrakło).
    Każdy dzień nas czegoś uczy. Na szczęście wszystko trwało około godziny i pechowy wyjazd zakończył się szczęśliwie w domu i nikt nie ucierpiał. Oko się zagoiło, Nina w zasadzie sprawiała wrażenie zaciekawionej całą przygodą, pies myślał, że ma długi spacer w polu, a my jesteśmy bogatsi o kolejne doświadczenia. Wrzucam kilka zdjęć, które udało mi się zrobić "z jednym okiem" :)









4 komentarze:

  1. Dobrze ze się wszystko pozytywnie skończyło ! Też była w Dziwnowie :-) i bardzo miło było Was tam zobaczyć ! :-*

    OdpowiedzUsuń
  2. oj Ty moja kochana sierotko ;D miałaś urlop pełen wrażeń, beznadziejnie że u nas panuje taka znieczulica...nikt mądry nie mógł sie zatrzymać chociaż widzieli małe dziecko...bez komentarza. Do notki mogłaś wsawić swoje piękne zdjęcia ala pirat ;D pięknie wyglądałaś :** buziaki
    http://creamshine.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha niech lepiej to zdjęcie zostanie między mną, a Tobą <3

      Usuń